Wełniane otulenie

Wełniane motki Polo&Co Masgot Fine kupiłam w Brighton. Leżały sobie na jakimś stoisku takie niepozorne, rustykalne, tanie (w porównaniu z tym, co inni oferowali), więc zgarnęłam dwa, by zrobić kiedyś z nich coś ciepłego.

UB6

Chustę zaczęłam dziergać jakoś we wrześniu. Już z założenia miała być prościutka, robiona jedynie francuzem, taka idealna do dziergania przed TV. I tak sobie ją z kąta w kąt przerzucałam, czasami brałam do rąk miedzy innymi, ważniejszymi robótkami. W końcu zrobiłam ponad połowę i doszłam do wniosku, że to jednak nie to i sprułam prawie do samego początku. Postanowiłam dodać trzeci kolor… tylko jaki skoro ona taka mocno wełniana? Okazało się, że jedynym motkiem równie wełnianym w mojej kolekcji był ciemnoniebieski Brooklyn Tweed Loft.

I zabrałam się za nią drugi raz. Nadal miała być prosta, lecz z kilkoma rzędami skróconymi, takimi na chybił-trafił.

W sobotę wreszcie udało mi się zrobić jej zdjęcia, a od wczoraj jest dostępna dla wszystkich.

Masgot

I znowu wyszła ogromniasta, czyli taka jaką tygryski lubią najbardziej (nawet jak nie ma śniegu) :-)

Do jutra opis (również po polsku) jest 30% tańszy z kodem WOOLLYLOVE

Miłego dziergania!

Dawna miłość nie rdzewieje

Moje pierwsze krosno zrobił dla mnie tata. Miałam wtedy chyba z 12 lub 14 lat. Dobrze pamiętam sosnową (chyba, jasna była :-) ramę i mnóstwo gwoździków na końcach. Stało ono u dziadków, tak mi się wydaje, bo jak sobie przypominam momenty kiedy tkałam, to zawsze kojarzy mi się mieszkanie dziadków. Nie mam już go, ale za to Chłop wczoraj zadbał o moje wspomnienia :-) Nie samym dzierganiem przecież człowiek musi żyć :-)

Siedziałam sobie wczoraj w domu, w ciszy, klepiąc w klawiaturę i co jakiś czas robiąc kilka rzędów nowego swetra, łypiąc jednym okiem na serial, a tu nagle telefon.
– Kochanie, ty mi powiedz, tak mówiłaś o tych krosnach… no i które będziesz sobie kupować? 60-tkę czy 80-tkę?
Zanim zatrybiłam, że przedziwne pytanie mi o tej porze zadaje i w ogóle „dlaczego? przecież siedzą u teściowej na obiedzie!”, rzuciłam „60cm jednak!”
– Aha.
I rozłączył się.

Zaraz, moment. Jak on mi takie telefony dziwne robi, to znaczy, że coś kombinuje :-) I owszem kombinował już od piątku, kiedy to zadzwonił do sklepu z zapytaniem, czy mu w sobotę ktoś otworzy, bo on chce „małe zakupy” zrobić. Oto jest. Moja własna, osobista Harfa Kromskiego.

Jestem absolutnie zakochana. Oczywiście w nocy poszłam spać o drugiej, bo musiałam od razu zrobić osnowę na szalik. Szalik! Wreszcie będą w naszej dziewiarskiej garderobie jakieś szaliki – ja ich wprost nienawidzę dziergać, a teraz to nawet takie z lace mi nie straszne :-)

kromski4

Na czółenka nawinęłam jakieś resztki Malabrigo Sock i się uczę. Przede wszystkim muszę nie nauczyć dobijać lekko, ale równo. A nie powiem, trudne to jest :-)

kromski3

kromski1

Drutów nie porzuciłam, wręcz przeciwnie – już teraz widzę, że krosno będzie dawało idealną równowagę, kiedy człowiek po raz n-ty pruje i ma ochotę rzucić wszystko w kąt. Zatem ciągle dziergam :-) W tym roku jakaś ta zima słabowita, że nawet czapek mi za bardzo się nie chce robić. Owszem kilka wydałam, ale notoryczny brak porządnego mrozu w Toruniu nawet mi nie dał okazji, by się nimi nacieszyć. Natomiast chusty to co innego :-) Dwie już skończone, na kolejne oczka nabrane. Coś czuję, że tej wiosny chusty będą mi się z szafy wysypywać. I szaliki oczywiście :-)

szaleI szare sweterki :-)

P.S. Na Rav zaczynamy kolejny swetrowy Kal. Jakby ktoś chciał, zapraszamy. No i do 3 lutego opisy są dostępne z 25% zniżką! Miłego dziergania :-)

Fale

Mówiłam już jak bardzo lubię prostotę? :-) Bardzo!

Ten sweter jest prosty. Bardzo prosty. Poza kilkoma (znowu prostymi) warkoczykami gdzieniegdzie, a jego największym atutem jest ciepło.

Lanvad (w Bretanii tak się mówi na fale powstające na powierzchni wody od wiatru, albo wzorki na piasku pozostające po falach) został wydziergany z pewnej francuskiej włóczki, którą chciałam od bardzo dawna spróbować – De Rerum Natura Gilliatt. Jest to merynos, ale nie taki sprężysty i kolorowy jak Rios (choć Solenn bardzo przyzwoite kolory tworzy :), ale właśnie taki lekko rustykalny w wyglądzie, miękki i… już zamówiłam od niej kolejne motki ;-)

Włóczka tak bardzo mnie oczarowała, że z rozpędu powstała czapa. Znowu prosta, bo to praktycznie sam ściągacz… z kilkoma warkoczykami gdzieniegdzie. :-)

Bo nie od dzisiaj wiadomo, że im mniej, tym więcej :-) Lanvad Hat

P.S. Opisy po angielsku tylko, mam urwanie głowy teraz i muszę „na wczoraj” skończyć sweter, więc niestety nie dałam rady.