Change of Heart

Ech, kac „pobrightonowy” trzyma. Pojechałoby się jeszcze raz, najlepiej już zaraz i na dłużej! No nic, pozostało mi motków mizianie i czekanie na kolejny festiwal.

W międzyczasie mogę wreszcie wygrzebać z czeluści dysku fotki dziergot zrobionych kilka miesięcy temu, lecz trzymanych w tajemnicy. Tajemnica była ogromna, bo opis nie jest opublikowany u mnie na stronce, lecz w Knitty. Komin wydziergałam już w styczniu, ale czekał sobie i czekał….i miał czekać właściwie na wydanie wrześniowe, lecz kilka dni przed wyjazdem dostałam maila, że idzie teraz. Oto jest! Specjalnie dla Was :-)

276896_12716861602_5612103_n

Na początku roku wraz z włóczką na Yakushimę kupiłam kilka motków Lofta (jest to cienki odpowiednik Sheltera) w jednym z ukochanych kolorów, czyli brązie. Mimo, iż włóczka rwie się prawie od samego patrzenia na nią, jest jednocześnie niesamowicie lekka i ciepła. Otulacz był przeze mnie często noszony i okazał się być idealny na lekki wiaterek bez mrozów (ja z tych, co nie lubią jak ją cokolwiek gdziekolwiek podwiewa :-) Oczywiscie komin może zostać wykonany z jakiejkolwiek włóczki typu fingering – będzie lekki i elegancki. Co tam, właściwie nawet grubsze włóczki będą dobre, tylko wtedy już wyjdzie konkretny ocieplacz.

Instrukcje są napisane tak, by brzegi zszywać po zblokowaniu, ale jak ktoś woli, to spokojnie może zastosować prowizoryczne nabieranie oczek i połączyć oba brzegi Kitchenerem lub 3 drutami. Ja nie wiem czemu, ale na serio nie lubię nabierać oczek prowizorycznie i unikam go jak ognia.

Miłego dziergania zatem!

An(g)ielskie wakacje

Już Gosia napisała co robiłam kilka dni temu, zatem i ja na gorąco relacjonuję.

Jakieś pół roku temu Dani powiedziała mi, że organizuje międzynarodowy festiwal włóczkowy w Brighton. Aż się zapowietrzyłam z radości jak chłop powiedział „Chcesz jechać, to jedź”.  Pewnie, że chciałam. Rodzice zgodzili się dzieciakami zająć, więc jedynie trzeba było uzbierać odpowiednia kwotę na szaleństwa włóczkowe na miejscu. A było ich sporo.

Pojechaliśmy w czwartek popołudniu i prawie z sercem na ramieniu łapaliśmy pociągi z lotniska do Brighton. Wszystko było na styk i jedno opóźnienie mogło zniweczyć nasz plan podróży. Zdążyliśmy jednak i Eamon (właściciel naszego B&B) na nas czekał. Zameldowaliśmy się i poszliśmy coś ciepłego zjeść. B&B było super, wszędzie blisko i po wyjściu od razu było czuć i widać morze.

metro

Poszłam tylko po coś do picia. Wróciłam z gazetą o dzierganiu :-)

Uliczka, na której mieszkaliśmy.

W piątek był jeszcze luz. Spotkaliśmy się na śniadaniu z przesympatyczną babeczką, którą niedawno lepiej poznałam i która prowadzi bardzo ciekawego podcasta. Wtedy też zaczęło delikatnie padać. Wszyscy Anglicy, mimo iż pewnie przyzwyczajeni do tej pogody, narzekali, a my byliśmy zachwyceni po toruńskich upałach. Ja miałam na sobie tylko chustę, więc po jakimś czasie skończyło się na zakupie parasolki i powrocie do pokoju po kurtkę.

Chusta „On the Pier” sfotografowana w miejscu, które było inspiracją do jej powstania.

Popołudniu poszliśmy po bilety i wreszcie spotkałam się z organizatorką festiwalu – Dani Sunshine. Na co dzień Dani farbuje włóczki Lioness Arts (np. tę zieloną, z której zrobiłam chustkę „Evaporate”) i trochę projektuje.  To jest jednak niesamowite uczucie wreszcie uściskać, kogoś z kim się mailowało i przyjaźniło wiele miesięcy, a kto jest tak daleko. Zresztą Dani rozpoczęła lawinę uścisków, która trwała potem już do samego końca.

Wieczorem spotkaliśmy się z moim bardzo dobrym znajomym ze studiów. Ostatni raz kiedy się nim widzieliśmy, Marcin i ja byliśmy na etapie zalotów :-) Ech, nostalgia…

Za to w sobotę był już szał :-) Ja miałam zajęcia z Raggą o Lopapeysie przez co nie spotkałam się ze wszystkimi na targach. Chłop za to dyżurował i trzaskał fotki jak szalony. Fotki stoisk, włóczek, kobitek ubranych w chusty „On the Pier”, a potem spotkał się z Gosią. Jakoś po 13 ja do nich dołączyłam i Gosia zabrała nas na lunch. Było super! Mam nadzieję tylko, że jej nie zagadałam, bo ja gaduła jestem. :-)

Poza Gosią spotkałam również kilka innych bardzo miłych pań…

Z Veerą, która jest mega sympatyczną osobą.

Z Eriką Knight – tutaj jeszcze nie za bardzo wiedziałam kim Erika jest. Dopiero wieczorem Ce mnie uświadomiła, że ta pani to na serio gwiazda angielskiego dziewiarstwa.

Oraz dwie najbardziej bratnie dusze – Bristo Ivy, która tutaj demonstruje jak blokować szal.

I przesympatyczną Dieuwkje.

Potem zmiana stroju i impreza organizowana przez kwartalnik „Pompom” – „Seaside Shindig”. Zaraz na początku był konkurs. Kazano nam zgadnąć jakie dostaliśmy próbki włóczek, opisać zdjęcia wzorów i odpowiedzieć na 20 pytań, typu „Ile mm mają druty nr 13″? albo „Co jest dłuższe, boisko do piłki nożnej czy motek włoczki aran?”. Było ciekawie. Nasza drużyna zajęła 5-te miejsce, lecz nagrody poszły do Ysoldy i spółki. Posiedzieliśmy chwilę i poszliśmy coś zjeść.

Z Joji.

Z Julie i Amy, która jest właścicielką Madelinetosh. Tutaj właśnie macałyśmy sweter zrobiony z jej włóczki.

Była również Woolly Wormhead, z którą po prostu musiałam mieć zdjęcie. Jestem jej 100% fanką.

Chłop krążył naokoło nas jak paparazzi.

Wreszcie Joji cyknęła i jemu fotkę.

Niedziela była równie ekscytująca. Kolejne zajęcia z Raggą, która jest po prostu niesamowita. Jak zacznę teraz trzaskać Lopapeysy, to będzie całkowicie jej wina! Nie dość, że pokochałam Lopi, „steeki”,  to jeszcze przywiozłam do domu jej film o Lopi z kilkoma wzorami.

Jakoś jeszcze do mnie nie dociera, co robiłam i gdzie byłam przez ostatnie kilka dni. Było cudownie, inspirująco, wesoło i należą się ogromne brawa dla organizatorów. Mam nadzieję, że Dani zdecyduje się na organizację festiwalu jeszcze raz.

Przywiozłam jeszcze mnóstwo włóczek i nowe druty, ale o tym następnym razem…

Carly

Holsta od Agi kupiłam przynajmniej pół roku temu. Długo dumałam co ma z niego powstać, a że kupiłam w dwóch kolorach to pewne było, że będą jakieś paski lub kontrastowe bloki. Na jesień nawet nabrałam oczka. Miał być luźny raglan, prosty, lejący z kilkoma żółtymi mykami przykuwającymi wzrok. Niestety wzięłam za grube druty, dzianina mi się nie spodobała i rzuciłam dziada w kąt.

I leżał tak kilka dobrych miesięcy.. a potem zrobiłam fioletowy sweterek i zaskoczyło.
carly

Szary w żółte paski, z mega wielkim dekolt w szpic, luźny, ale nie za dużo, z dziwnymi rękawami.

Pamiętam jak jeszcze rok temu chodziłam po sklepach i przymierzałam różne wersje tzw. boxy, by zdecydować, czy taki fason jest dla mnie. Absolutnie nie! Większość miała zaplanowane przynajmniej z 20 cm luzu, a to oznaczało, że wyglądałam jak kulka w worku. Jak brałam mniejszy rozmiar, to też była kapota, i tego chciałam tutaj uniknąć. Zatem jest lekkie taliowanie i widać, żem kobieta; jest luz, ale nie aż taki duży; no i jest wygoda. Teraz tylko trza fotki szybko strzelić, bym mogła się nim nacieszyć.

A czemu „Carly”? Po prostu kojarzy mi się z niesamowitą Carly Simon.

Miłego poniedziałku!