Nie fair

A co tam, napiszę o co mi chodzi, może dziewczynie pomożecie.

W maju my wygraliśmy w konkursie chuścianym, a teraz znajoma walczy o chustę dla jej synka. Niestety walka jest miedzy nią, a jakimś zdjęciem sprzed ćwierć wieku. Phi. To jest nie fair, że ktoś wgrywa fotkę jakiegoś dzieciaka, który w tej chwili na pewno „małym aniołkiem” nie jest. Wiem, że znajome pisały do organizatorów, ale ci twierdza, że zdyskwalifikować fotki nie mogą, bo nie ma takiego punktu w regulaminie.

Walka jest zacięta. Zostało kilka dni. Nie pozwólmy wygrać oszustom.
A link do Adasia jest z prawej strony :)

Jastrząb

Decyzja podjęta. Wracamy nad morze. Tym razem już z Synkiem.

Zdjęcie z tamtego roku z Helu. Jak widać wrześniowa aura nam nic w wyjeździe nie będzie przeszkadzać.

Od jakichś 2 tygodni dyskutujemy, gdzie jechać i żadna decyzja nie mogła zostać przez nas podjęta, bo w każdym miejscu chciałoby się coś zobaczyć. Na 100% odpadły duże miasta („Z miasta do miasta, co to za wakacje?”), czyli Trójmiasto, Kołobrzeg, Świnoujście zostały przez nas skreślone. Dobrze by było, aby we wrześniu miasteczko nie umierało i nie stawało się widmem, zatem maleńkie miejscowości też odpadły. Stanęło na wyborze miedzy Ustką, Darłowem, Łebą, Jastrzębią Górą (mój faworyt) i kolejny raz Helem (ech, ten sentyment).

I znowu zonk. Małż chciał do Darłowa lub Helu, ja do Jastrzębiej i Łeby. W końcu wybrał Synek. Z pięciu karteczek z nazwami miejscowości wybrał… Jastrzębią Górę :D

Zatem zaczynam szukać noclegu dla naszej trójki. I odliczam dni do szumu morza.

Niedziela

Synek ma nas w nosie. Nie dziwię się. Sama bym miała, kiedy zabawki są wokoło.

Zaczynam uwielbiać niedziele. A tą dzisiejszą to już ubóstwiam, bo Małż zabrał Młodego i dał mi pospać do 10. Nic tak nie poprawia humoru, jak wyspanie. Do tego niedziele oznaczają cały dzień spędzony rodzinnie, razem na spacerze.

Niedzielna głupawka :)

Dzisiejszy spacer można uznać za wyjątkowo udany. Co prawda, jak wychodziliśmy założenie było takie, aby pochodzić po osiedlu, ale jakoś tak wyszło, że zawędrowaliśmy na Stare Miasto. Młody się wyspał, jeść dostał w karczmie (choć nie obyło się bez ciągłego powtarzania: „Wojtuś, nie oglądaj się! Wojtuś, jedz!), a my na koniec zakupiliśmy sobie nawet ulubione ciasteczka z rodzynkami z Kopernika. Oby więcej takich dni!

Nie wiem, skąd ta mina :/