Jakoś uczyć się trzeba nie?

Marzy mi się, że umiem pięknie dziergać żakardy. Ale nie jakieś tam misie czy gwiazdki, ale takie cudeńka jak sweterek Fanaberii, czy takie cuda jak ta pani projektuje.

Od czegoś trzeba naukę zacząć, więc padło na czapkę. Miała być dla Synka, ale nie dość, że zmieniłam włóczkę, to jeszcze się rąbnęłam przy nabieraniu oczek i wyszła dla niemowlaczka (tak, aż tak się pomyliłam :-). Postanowiłam jej nie pruć, ale dziergać dalej – w końcu jakoś trzeba się uczyć, nie?

No i pierwszy raz uznałam, że magic loop nie wszędzie wypali. Czapa robiona jest w okrążeniach, więc to był jeden wielki koszmar – te nitki wszędzie i żyłka nie trzymająca napięcia dzianiny przy przekładaniu kolorów. Tragedia! W połowie misiaków rzuciłam ją w kąt i postanowiłam poczekać na okazję do zakupu odpowiednich drutów. Druty kupiłam w tamtym tygodniu (tak, zwykłe skarpetkowe czwórki :-) i czapę wczoraj skończyłam.

Wzór: z małymi modyfikacjami (francuz na uszach i inne wzorki żakardu)

A co z czapą się stanie? Już znalazła małego właściciela :-)

Zachcianki ciążowe

Nie mam wielu zachcianek ciążowych, właściwie tylko kilka – zajadam się mrożonymi truskawkami (takimi w pudełku, nie z worka), smakują mi bardzo kiwi, śledziowe koreczki w musztardzie i to chyba wsio. Zatem wydanie prawie 50zł na parę skarpetek uznajmy za zachciankę ciążową :-) „Raz, nie zawsze” w końcu, nie?

Rzeczone prawie 50zł zostało wydane na motek Noro Kureyon Sock, który stał się skarpetkami „na haju”. Na haju, bo ten co tę włóczkę farbował, chyba musiał coś porządnie brać :-) Kolory na zdjęciach są takie, jak w rzeczywistości, więc sami rozumiecie skojarzenia :-)

Wzór napisany specjalnie, by wydobyć urodę tej właśnie włóczki, czyli Spring Socks

Na rozmiar 36 zużyłam 3/4 motka (może uda mi się zrobić tyci wersję dla Młodej). No i standard, magic loop i robione dwie jednocześnie. I nie wiem czy to zasługa pasków, czy włóczki, że zrobiłam je w 5 dni. Jeszcze nigdy nie zrobiłam skarpet tak szybko (Wojtkowe się nie liczą, bo za małe) i to takich długich.

Włóczka do tego dziwoląg. Kolor widzicie jaki, w pracy czuć ją jak sznurek, skręca się koszmarnie, jest nierówno przędziona, no i ta cena. Ale… jutro powinnam je zblokować (razem z nowym swetrem), więc się przekonam czy to prawda. Po wypraniu jest miękka jak kaczuszka. Pożyjemy, zobaczymy. Jak się okaże „figa z makiem”, to kolejna parę pyknę sobie z Delighta. O!

P.S. Bella z nudów chyba sobie niedługo łapy odgryzie, zatem postanowione – bierzemy kumpla dla niej. Ale to dopiero jak Lidka z fundacji znajdzie dla nas czas :-)